nie wiem dlaczego myślę, że dzisiaj jest 12 luty i że w moim życiu jest za dużo absurdów.
aż muszę to sobie rozpisać na kartce.
miałam napić się w niedzielę, a zrobiłam to w piątek i sobotę.
otworzyłam oczy i doznałam olśnienia.
tylko dlaczego powtarzałam w myślach przekleństwo na k.
kosztem olśnienia
być może czyjeś cierpienie.
po co ja mam się przejmować innymi.
czy ktoś mną się przejmował?
dawno nie miałam tak wielkiej ochoty uciec.
albo zrobić coś po czym wszyscy by mnie znienawidzili.
dzisiaj naszła mnie chandra, bo kupiłam zły makaron do spaghetti.
więc zaczęłam rozmyślać o próżnych i debilowatych wyrobach człowiekopodobnych, których miałam nieszczęście spotkać. czasem pierwsze spojrzenie mówi, że taki ktoś przyjacielem nie zostanie, a może stać się jedynie wrzodem na tyłku.
po chwili jednak pomyślałam, że taka osoba nawet jak ogoli pachy to i tak ma tam bardzo ciemno. hłe,hłe.
potem pomyślałam, że najsilniej przeżywam związki z ludźmi którzy pragną być dobrzy dla wszystkich, a dla mnie najmniej. tacy dobrzy dla każdego, ale tak na prawdę z myślą o sobie.
ja to staram się być dobra i nawet jak zrobię coś takiego czego nie robi się drugiej osobie to jej tego po prostu nie mówię. bo wtedy oczyściłabym tylko własne sumienie i tylko ja poczułabym się lepiej.
więc bądź co bądź znów jestem tą lepszą osobą.
nie zawsze jest to dobre.
od paru tygodni ciągle tylko naaauuukkaaa.
i nie chcę się chwalić, ale zaliczyłam dwa kursy nie-do-zaliczenia-za-pierwszym-razem.
co ja będę robić gdy sesja się skończy?
na uczelni od razu widać kiedy jest czas zaliczeń i sesji.
laski chodzą z nieumytymi włosami i odpryskami na paznokciach.
to wcale nie jest takie łatwe - znaleźć czas by ogolić nogi.
chwila oddechu.
w niedzielę się napiję i w końcu nie odmówię.
jak to dobrze, że nie mam do nikogo uprzedzeń.
a nawet jak mam, to szybko potrafią zniknąć.
taka jestem fantastyczna.
aha i zapomniałam o pewnym zdarzeniu.
jakiś czas temu przebiegałam sobie po pasach na zielonym świetle i widzę kątem oka jak nie wiadomo skąd wyjeżdża eLka.
i pomyślałam "cholera jasna, przejedzie mnie eLka! dlaczego mnie to spotyka?!".
i przejechała mnie nauka jazdy.
po stopach.
czułam się jak ta Anka z Metra.
"nikt nie zawołał zostań".
opary przeszłości wdycham.
mania dłubania
w pamięci szperania.
jedynak się stało.
widocznie skłamałam i te dwa słowa pomyślałam.
wszystko przez sen.
w którym leżeliśmy beztrosko obok siebie.
a potem się całowałam z trzema różnymi facetami.
i uciekałam przed duchami, którym prawie wyjawiłam hasło dzięki któremu mogliby przejść przez bramę do świata żywych.
te moje sny.
teraz to ja będę czerpać.
w czasie weekendu poruszałam się jak paralityk.
bolały mnie mięśnie na plecach, kark, udo i prawy pośladek szczególnie.
co najmniej jakbym całą noc się kamasutrowała.
a to były tylko zajęcia z house'a.
jeszcze w zeszłym roku kupowałam bilety na "metro" i wybrałam miejsca wówczas najlepsze. a dzisiaj dostaję propozycję udania się na spektakl i zajęcia miejsc o 3 rzędy lepszych ode mnie, cóż za przypadek.
a ja wierzę czy nie wierzę w przypadki?
codziennie mam jakieś zaliczenia i egzaminy.
staram się efektywnie uczyć, ale i tak dwóje się zdarzają.
czasem mam wrażenie, że wybrałam sobie najgorsze studia na świecie.
wracam do nauki.
mniej więcej o tej porze, równo miesiąc temu piłam kawę. nie mogłam po niej spać przez całą noc. a bardzo pragnęłam zasnąć.
mogę policzyć na palcach jednej ręki dni w których ani razu nie pomyślałam wstecz. ostatnio zawitała do mnie majowo-czerwcowa pamięć.
najgorsze gdy przez kogoś oszukuje się samego siebie.
widząc Heath'a Ledger'a w roli wisielca przeszyły mnie dreszcze.
cieszę się, że Terry nie zrezygnował ani z filmu ani z jego fabuły.
Christopher Plummer chciał zrezygnować z kwestii "to opowieść o niespodziewanej śmierci".
imanginarium.
polecam.
nie wiem czemu zamiast użyć opaski do włosów mam naciągniętą na głowę opaskę na oczy do spania z kocimi oczami.
jaka ja bywam durnowata.
szczególnie wtedy gdy przestaję wierzyć w swoją wyjątkowość i zajebistość. przecież nikt nie jest taki jak ja.
jest bardzo ślisko i śniegowo na dworze.
musiałam na swoim własnym balkonie trzymać się barierki, bo bym jak nic, wylądowała na swoich czterech literach.
ostatnio prawie codziennie jem junk food w kfc.
i jakimś cudem schudłam.
jeszcze w sierpniu ważyłam 55 kg, a teraz 50,5 kg.
właśnie wcinam obiad, nie tylko widelcem, ale i palcami.
czasem jak nikt nie patrzy to zachowuję się jak człowiek pierwotny.
i nie mogę doczekać się sesji. bo będzie lżejsza niż zaliczenia i kolokwia czekające na mnie w styczniu.
jak to było? walnij mnie w ryj i każ się uczyć. o. ;D
jak idiotka ciągle zbaczam z drogi. z obranego kursu.
a może on jest błędny?
niektórzy mnie nie znają i pewnie myślą, że skoro tak się zachowuję to jest to pewnie normalne.
wiedza mnie dusi i gniecie.
auć.
jebane układanki.
i pieprzone inspiracje.
pstryk i nie ma.
i nie odbieram telefonów.
nocą nie mogę spokojnie zasnąć. a rano nie mogę się dobudzić. koniec z takim trybem, czas przestawić się na tryb uczelnianego zapieprzu.
rozmawiam ze znajomym gdzie wybieram się na sylwestra. chwilę później dostaję smsa od kolegi: "słyszałem od K.[jeszcze innego znajomego], że idziesz na sylwestra do..".
N.: Oni (faceci) są szybsi niż TVN 24.
N.: Niezłe z niego ciacho, ups, sorka, ale tak jest :D
Ja: Ale ma biceps.
N.: A tam biceps:D Ta klata! Prawie jak Lautner. Wiesz przemysl to jeszcze:D
hłe,hłe,hłe.
mam ochotę na ostry, wyczerpujący, gorący fitness.
tak to jeszcze sylwestrowej nocy nie świętowałam.
pogrzało mnie przez rum.
kiedyś bym siebie nie poznała.
kiedyś uznałabym, że tak nie można.
a teraz to jestem inna.
nie widziałam fajerwerków. mam zamglony obrazek picia szampana. nie pamiętam jego smaku. za to pamiętam inne smaki oraz zapachy i pierwsze noworoczne słowa jakie padły z moich ust ("kurwa, kurwa, kurwa!").
dzięki temu wszystkiemu nie pomyślałam ani przez chwilkę o przeszłości.
ale i tak miałam wrażenie, że w tramwaju wszyscy patrzą się na mnie wzrokiem "wiemy co zrobiłaś!". to przez kaca.
zamarzłam.
podobno rani się tylko tych, których się kocha lub do których czuje się litość. a więc spotkałam w swoim życiu parę wielce litościwych osób.
podobno są we mnie pokłady agresji,
tak ustalił jakiś durnowaty psychotest.
mam ochotę wykrzyczeć w twarz to wszystko co mnie wkurwiało i wkurwia. choć uważam, że to głupota.
sprawiłabym przykrość ludziom, bo usłyszeliby prawdę o nich samych nawet gdyby ostro zaprzeczali. i tak wiedziałabym, że mam rację i że jestem od nich mądrzejsza.
nie wiem czemu, ale smuci mnie to, że na to kim jestem tak naprawdę mają wpływ jakieś hormony, enzymy, błony, receptory, kanały, wszystkie białka i ich struktury zbudowane z biliona milionów związków chemicznych.
gdzie w tym wszystkim jestem ja jako ja?
to takie niesprawiedliwe.
błędny: styczeń, luty, marzec. stop. skacowany kwiecień. stop. bajkowy: maj i czerwiec. chory: lipiec, sierpień, wrzesień, październik, próżny listopad i grudzień. stop.
dodałabym jeszcze przymiotnik "nierealny", ale nie dodam, bo nie wiem dokładnie od kiedy.
podsumowując to ten rok minął szybko i stosunkowo bez wielkiej satysfakcji. był pełen pierwszych razów i nowych odkryć.
mam dużo planów na przyszły rok.
ale nie powiem o nich głośno, bo chcę je zrealizować naprawdę. dla siebie.
("często bowiem zdanie innych powstrzymuje nas przed zrobieniem czegoś o czym marzymy" cytat z Cosmo :D)
- No. People don't belong to people. Nobody's putting me in a cage. I don't know who I am! I'm like cat, a no-name slob.
We belong to nobody. We don't even belong to each other.
- You know what's wrong with you, Miss Whoever-You-Are?
You're chicken. You've got no guts. You're afraid to say ''OK, life's a fact.'' PeopIe do fall in love. People do belong to each other, because that's the only chance anybody's got for happiness. You call yourself a free spirit a wild thing.
You're terrified somebody's going to stick you in a cage.
Well, baby, you're already in that cage. You built it yourself.
And it's not bounded by Tulip, Texas, or Somaliland.
It's wherever you go. Because no matter where you run,
you end up running into yourself.
w ubiegłym roku o tej porze również oglądałam film "Breakfast at Tiffany's".
lubię ten film.
byłam cała w farbie, kleju, wycinankach.
biegałam po centrach handlowych w poszukiwaniu ram, ale oczywiście nigdzie nie było takiej jaką potrzebuję.
przeklinałam komputer, drukarkę, program do obrabiania zdjęć, nawet poczciwego worda.
zastanawiałam się nawet ile pikseli ma 1 cm. (wiem, wiem, żal.pl)
nalepię się pierogów plotkując z babcią i przekonując ją, że jestem szczęśliwa i że nie jeden mężczyzna jest na świecie.
(tak, ja muszę przekonywać do tego babcię, nie siebie).
odnoszę wrażenie, że przesiąknęłam aromatem wszystkich świątecznych potraw.
im więcej psioczę na święta tym bardziej mi się podobają.
- Ania, myślisz, że mam duże zmarszczki na czole?
- Wolę jednak nosić soczewki, bo okulary powiększają mi oczy.
- Myślisz, że przytyłem?
- Pamiętaj żeby obejrzeć Brzydulę, bo to już ostatnie odcinki. Ale pewnie Ula i tak wróci do Marka.
(Ja: Głupia).
- Byłaś moim kołem ratunkowym w razie gdybym nie miał z kim pojechać na koncert Comy, ale zabrałem kolegę. Mam nadzieję, że nie jesteś zła?
(Ja: Oczywiście, że nie. Przecież w kółko puszczasz Comę, więc ją słucham i polubiłam, kurde no, wcale bym nie pojechała na koncert, dobrze, że mi o tym mówisz).
- Może byś chciała chodzić z moim kolegą na kurs tańca?
(Ja: Nie, bo pewnie się we mnie zauroczy).
kocham mojego brata.
i pomyśleć, że to jeden z najnormalniejszych mężczyzn jakich znam.
ziewając w tramwaju pomyślałam,
że może nie jestem nie wiadomo jak silna.
ale jestem silniejsza.
i to nie tylko od siebie samej sprzed miesięcy.
nigdy nie lubiłam pierwszych pocałunków.
tylko raz w życiu całując się pierwszy raz z chłopakiem czułam motylki w brzuchu, dreszcze, emocje i całe to bla, bla, bla.
ale nie byłam wtedy trzeźwa (była to bodajże domówka u koleżanki) i był to mój pierwszy francuski pocałunek. aczkolwiek widząc jego zbliżające się usta do moich miałam ochotę uciec, ale nie zdążyłam.
huehuehue.
przychodzę na imprezę do akademika i nabijam się z ludzi. obserwuję jak to dwie dziewczyny chciałyby coś więcej z jednym chłopakiem, jak za nim łażą, a on pożycza kurtkę innej, która to wcale go nie chce.
albo inny chłopak gapi się na pewną osobę takim strasznym wzrokiem psychopaty, który podkochuje się w dziewczynie zdając sobie sprawę, że nigdy jej mieć nie będzie (chyba, że wsypie jej narkotyki do napoju). miałam ochotę do niego podejść i strzelić mu w twarz krzycząc: "obudź się człowieku do cholery!".
albo grupka lasek - samic traktujących mnie i przyjaciółkę jako potencjalne zagrożenie w zabraniu im samca.
albo pojeżdżam kolesia - przyszłego dziennikarza, on do mnie: "A myślałem, że Cię polubię". potem mnie obserwuje, patrzy, słucha moje wywody na temat wszystkiego i niczego a gdy wychodzę mówi (czając się od dłuższego czasu): "Wiesz.. hm.. dobrze mi się z Tobą rozmawiało, masz intelekt i jesteś niezłą laską, może hmm.. dasz mi swój numer?"
(a ja sobie myślę: no na pewno frajerze się z Tobą umówię xD).
no pękałam ze śmiechu.
jestem okropna.
i tak mi z tym dobrze.
a poza tym to nie spodziewałam się usłyszeć wczorajszych przeprosin.
a Ty słuchaj, bo ja chciałam być głucha.
i bym nie usłyszała tego co leci w głośnikach.
muzykoterapia.
tak to jest, że jestem nieuchwytna dla tych którzy chcą mnie złapać. a ci których ja chcę złapać uciekają. wielkie mi halo.
zgłaśniam zamiast przyciszyć.
wszystko przysypuje uroczy śnieg.
drepczę małymi kroczkami.
uwielbiając swoje poczucie humoru.
cynizm i sarkazm też.
gdyby nie one, nie odnalazłabym się tak szybko.
M.: Ania zrób wreszcie listę prezentów!
W.: Bo święta to są po to, żeby się nażreć, dostać prezent i iść spać.
K.: I on mnie pyta: "Co ja jej mogę kupić? Budżet noo.. do 1500 zł".
muszę odzyskać swoje miejsce w moim mieście.
bo to piękne miasto mimo tylu wspomnień.
kurna, przecież chciałam, żeby nic mnie nie trzymało w moim mieście.
bym mogła w każdej chwili wyjechać.
a teraz chcę wyjechać, choć na parę godzin.
ale nie sama i nie z byle kim.
(haha, bo kto zechce wsiąść ze mną do auta?:D)
M.: Idź sobie zrób relaksacyjną kąpiel i nie smuć się przez Niego.
Ja: Nie. Bo się utopię.
M.: To nie zamykaj drzwi na zamek.
ja wiem, że to mnie nie powinno bawić, ale się chichram ;D